Historia

Historia Margallery zaczyna się w śródmieściu Wrocławia, w mieszkaniu w starej kamienicy na ulicy Krokodyli, gdzie spontanicznie zaczęłam robić kartki. Na początku były to kartki z okienkiem, w którym wklejałam na przezroczystym plastiku namalowane farbami do szkła kwiatki. 

 

Po pewnym czasie zaprezentowałam swoje kartki na miejskim deptaku, ale nikt nie zwrócił na nie specjalnie uwagi, jedynie dzieci. Wiedziałam jednak, że i tak lubię robić kartki i będę je tworzyć dla przyjaciół, znajomych, rodziny.

 

Los, a w zasadzie ja sama rzuciłam się do Irlandii. Wyjechałam do pracy w swoim zawodzie, archeologa. Najpierw do Kells, sennego miasteczka, ale to właśnie tam sprzedałam swoją pierwszą kartkę, a w zasadzie zapromowała ją moja przyjaciółka Baśka. Nie myślałam jednak żeby kartki sprzedawać, raczej czasami, spontanicznie, jednak kiedy po dwóch latach zamieszkałam w Dundalk i nie miałam chwilowo pracy pomyślałam, że może dorobię sobie właśnie kartkami.

 

Zaczęłam robić karki w malutkim pokoiku jaki wtedy wynajmowałam na przedmieściach. Moja przyjaciółka Magda Dudewicz zrobiła dla mnie pierwszą stronę internetową i wspierała mnie w działaniach, natomiast Magda Górna postanowiła napisać o moim robieniu kartek artykuł, który ukazał się w portalu dublin24.

Dzięki temu artykułowi wydarzyły się niesamowite rzeczy. Napisała do mnie Samara, z Dublina, zaprzyjaźniłyśmy się i zaczęłyśmy spotykać się, aby wspólnie robić kartki, a także lepić z gliny. Warsztaty przynosiły nam radość i inspiracje. Do dziś dzięki kartkom wydarzają się zadziwiające sytuacje.  

 

W Dundalk miała miejsce pierwsza wystawa kartek Margallery w „Oriel Cultural Centre”, zorganizowana wspólnie z Simul Polonia. 

To również w Dundalk powstała kultowa kartka z kotem, w samochodzie. Zrobiłam ją na zamówienie, na urodziny Jacka, a że Jacek lubi koty i samochody, kot w samochodzie wydawał się najtrafniejszy. 

 

Aż któregoś dnia odważyłam się popytać w lokalnych sklepikach, czy ktoś nie zechciałby przyjąć moich kartek. Pierwsze kroki skierowałam do niewielkiego sklepiku, w którym mieściła się również poczta. Właściciel, starszy pan miał w swoim lokalu tysiące najróżniejszych kartek, pomyślałam więc, że pewnie nie szuka już więcej, ale on był żywo zainteresowany  moimi kartkami i stwierdził, że nie ma jeszcze kartek ręcznie robionych. Kupił z miejsca siedemnaście. 

Uwierzyłam w siebie i w kolejnym miesiącu pojechalam do Dublina sprzedawać kartki oraz broszki z filcu na Grafton Street. Pamiętam jedną broszkę kupiła ode mnie dziewczyna z Nowej Zelandii. 

 

Muszę podkreślić, że robienie kartek oraz to, że dawały one radość innym ludziom przynosiło mi sens, w tych wszystkich chwilach kiedy gubiłam się w życiu. Od czasów Dundalk zaczęłam robić kartki regularnie, choć nie zawsze się sprzedawały, bo też ich specjalnie nie promowałam, ale samo ich wymyślanie było dla mnie odskocznią w trudnych chwilach i prostym szczęściem na co dzień. 

 

Kiedy wróciłam do Wrocławia zyskałam jedną stałą klientkę - poetkę Justynę Paluch, która do dziś zamawia ode mnie kartki na przeróżne okazje, nawet jako "kartki z wakacji" i tym samym inspiruje mnie do wymyślania. Justa wspomina też o moim robieniu kartek w swoim wierszu "Pośpiech", w tomiku "Infalia". Ta wzmianka jest dla mnie wielką radością.

 

We Wrocławiu kartki Margallery znalały się aż w dwóch galeriach: W Galerii na Jatkach tuż obok Rynku oraz w Galerii Macondo. W Macondo miał miejsce pierwszy wieczór kartkowy Margallery i Klamerkowo, czyli opowieści o pasji kartkowej plus warsztaty, które poprowadziłyśmy wspólnie z Martą Hull. Marta, robi unikalne kartki, szczególnie w technice decupage. We Wrocławiu nie raz żeśmy wspólnie warsztatowały. 

 

Kartki Margallery znalazły się też w Rozrusznik Cafe i zostały zauważone przez jedną panią, która potem zamówiła ode mnie sporą ilość kartek - kamieniczek oraz kartek na święta z Wrocławiem w tle. 

 

Wyjechałam ponownie z  ukochanego Wrocławia do Irlandii, tym razem do Galway, miasta nad oceanem Atlantyckim. Po raz kolejny nie było mi łatwo odnaleźć się na emigracji, choć Galway to bardzo przyjazne i artystyczne miasteczko. Wiosnę w sercu zawsze czyniły kartki. Robiłam je dla przyjaciół i na zamówienie, ale też przylatywało do mnie sporo kartek: od Justy, Lilki, Magdy, Pauliny, Emilii, Grazii, Darii, Martynki, teściowej Ewy. A kartka w skrzynce jest jak słońce. 

 

W Galway miała miejsce druga wystawa moich kartek, w małej miejskiej galerii w centrum. Na wernisaż przybyło całkiem sporo osób. Po wystawie jedną kartkę zrobiłam na zamówienie dla sklepu rowerowego. W tworzeniu kartek wspierała mnie moja koleżanka Catalina, która motywowała mnie do ich robienia, szczególnie wtedy kiedy gdzieś na bok odkładałam pasję. Z czasem Catalina zaczęłą je ode mnie zamawiać. Finalnie rozdała je w swoim dziale na Uniwersytecie, współpracownikom, w podzięce za wspólną pracę. Na niektórych biurkach stoją do dziś kartki z wydzierganymi na szydełku owcami. 

 

Historia Margallery toczy się nadal. Wymyślam kartki na różne okazje i dla najrózniejszych ludzi. Zawsze staram się, aby kartka trafiła prosto do czyjegoś serca i pasowała tematem, kolorem, formą do konkretnej osoby.  

 

Dziękuję Wszystkim, którzy towarzyszą mi w tej kartkowej podróży!

 

 


 

 
pracowania artystyczna  kartki ręcznie robione  broszki  wiosenne inspiracje  ozdoby świąteczne filc